Konkurs – I jak tu nie biegać?

102_4280KK

Heja,

Dzisiaj, tak jak obiecałam zapraszam Was na KONKURS w którym do wygrania są

2 książki Beaty Sadowskiej „I jak tu nie biegać?”. 

102_4280

Jak wziąć udział w konkursie?

1. Polubic mój fanpage na facebooku: https://www.facebook.com/aga4run
2. Udostępnić fanpage na swoim profilu facebookowym (na tablicy), z opcją publiczne.
3. W komentarzu pod tym postem odpowiedzieć na pytanie: „Jak się zaczęła Twoja przygoda z bieganiem?” oraz dopisać imię i pierwszą literę nazwiska konta pod jakim udostępniono fanpage na facebooku.
4. Dodatkowo miło mi będzie jeśli zaprosisz do konkursu swoich znajomych.

Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest blog aga4run.

2. Konkurs realizowany jest na podstawie niniejszego regulaminu i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa.

3. Fundatorem nagród jest wydawnictwo Otwarte (http://otwarte.eu/) oraz sama autorka Beata Sadowska (http://beatasadowska.com/).

4. Nagroda to: książka B. Sadowskiej „I jak tu nie biegac?” dla 2 osób.

5. Uczestnicy zostawiają w komentarzu odpowiedź na postawione pytanie i niezbędne dane oraz spełniają wymienione wyżej warunki.

6. Komentarz może być zostawiony pod tym postem lub pod postem umieszczonym na fanpage.

7. Zamieszczając komentarz, Uczestnik zgadza się z warunkami Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie danych osobowych (Dz. U. Nr 133 poz. 883).

8. Konkurs odbędzie się, gdy zgłosi się minimum 10 osób.

9. Czas trwania konkursu od 17.10.14r. do 07.11.14r. do godziny 24:00.

10.Wśród wszystkich wybiorę dwóch zwycięzców z najciekawszymi historiami.

11. Zwycięzcy zostaną opublikowani tydzień po konkursie w nowym poście.

12. Jeśli po tygodniu osoba, która wygrała nie wyśle mi swojego adresu, wtedy nagroda przepada.

13. Regulamin obowiązuje od momentu rozpoczęcia konkursu do jego zakończenia.

 
POWODZENIA! :)
102_4288

5 Comment

  1. Jak to było ? …. no właśnie… W sumie nic wielkiego, a było wielkim krokiem w dłuższej perspektywie czasu !. Zmieniłem pracę na bardziej statyczną. Praca całkiem fajna, ale mniej ruchu spowodowało, że zaczęło rosnąć, to, co nie powinno rosnąć – brzuch !. Brzmi znajomo, prawda ?. Waga dobiła do 105 kg, przy 182 cm. Zapaliła się lampka … ej co Ty robisz ? …. Któregoś dnia stwierdziłem, że to nie może być trudne, to nie może być takie straszne. Ubrałem co miałem pod ręką, zabrałem Brata i poszliśmy biegać !. Było ciężko, bolało…zrobiłem 3 km, nie było tak strasznie, jak myślałem. Zacząłem wychodzić częściej … były nowe cele, 30 minut biegu, godzina, 5 km, 10 km. Zakochałem się, biegałem regularnie, cieszyły mnie postępy. Zaraziłem się zawodami, na 5, 10 km, półmaraton i tak oto 04.10.2014 przebiegłem swój pierwszy Maraton, po dwóch latach biegania. Waga w tym momencie to 79 kg 😉 Powiem Wam, że nie wrócę już do stanu rzeczy z okresu kiedy nie biegałem 😉

  2. Łukasz says: Odpowiedz

    To był zimny jesienny poranek. Dookoła pokoju walały się butelki po różnego rodzaju trunkach dla dorosłych, które pozwalały zapić smutki poprzednich miesięcy. Zatraceni przyjaciele, praca, która nie dawała jakiegokolwiek zadowolenia i była dziewczyna, która odeszła. Zwlekłem się z łóżka. Postanowiłem nie odsłaniać zasłony okna, nauczony wszystkimi tymi filmami, w których bohater odsłaniał okno, tylko po to by zostać oślepionym światłem wstającego dnia. Usiadłem do komputera, a moim oczom ukazała się dawka polskiego internetu, z całym chamstwem i buraczanymi komentarzami. Co ja właściwie robię ze swoim życiem? – pomyślałem i poszedłem do kuchni. Kawa. Trzeba zrobić kawę. Nie ma cukru. Cholera.

    Ubrałem się powoli by zdążyć na autobus, co to jedzie do biedronki. Tani cukier, to dobry cukier. Gdy zamknąłem drzwi i zbliżyłem się do furtki, przypomniałem sobie o portfelu. Gdyby nie ten fakt, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej…

    Spóźniony zauważyłem jak mój autobus odjeżdża. Starając się go dogonić, 90kg żywej masy ruszyło dzikim pędem w stronę autobusu (cięzko było to nazwać bieganiem). Nie dogoniłem go… lecz nie chciałem się poddać, to był mój cel… dogonić autobus. Zacząłem biec dalej, coraz szybciej, jeden przystanek, drugi, trzeci… aż w końcu zatrzymał się na światłach. Kierowca patrzył na mnie jak na idiotę, lecz postanowiłem, że to jest to. Czas na zmianę siebie. Czas zacząć to robić regularnie, a nie siedzieć jak trup przed kompem. I tak właśnie dzieci, wujek Łukasz zaczął biegać.

    (Takie trochę fan-fiction, ale nie mogłem się powstrzymać :D)

  3. Tak naprawdę nigdy nie lubiłam biegać. Wydawało mi się, że jest to nudne. Wspomnienia z lekcji WF-u: zmęczenie, zadyszka, kłucie w płucach nie pomagały w zmianie myślenia. Robiłam inne rzeczy: tańczyłam salsę, chodziłam na Zumbę, fitness, ćwiczyłam na siłowni i w domu, pływałam, jeździłam na rowerze i na nartach, ale bieganie omijałam szerokim łukiem.
    W maju tego roku dostałam pracę i pojechałam na szkolenie do Gdyni z szefem, zapalonym maratończykiem trenującym od 3 lat. Zaproponował bieganie po plaży i głupio było podpaść nowemu szefowi i się nie zgodzić, bo bieganie jest nudne 😉 Od tamtego czasu przychylniej patrzyłam na bieganie, a w lipcu zaczęłam robić to na poważnie z całym planem treningowym. Kupiłam odpowiednie buty i ubrania i pobiegłam. Na razie nie przekroczyłam 5 km, ale trenuję. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez biegania :)

  4. Pierwsze biegi pamiętam z podstawówki, zawsze byłam typem osła, któremu jak się coś kazało robić to robił coś kompletnie odwrotnego. I tak też zrodziła się podstawówkowa nienawiść do biegania. Nigdy nie czułam się w tym dobra, łapałam zadyszkę, a nikt też nie pokazał mi jak robić to dobrze i tak, żeby było fajnie. Tak minęło gimnazjum i dopiero w liceum zaczęły się nieregularne zrywy. Niestety zwykle kończyły się brakiem zapału i zaniechaniem treningów. Na studiach te zrywy były kontynuowane i dopiero na wiosnę tego roku spróbowałam ponownie i już na dobre się w tym zakochałam. Zaczęłam od programu marszo-biegów i biegam do dziś :) Po prawdzie zdarzały się przerwy, a najdłuższy dystans to 10 km, ale biegam dalej, zakochana w tym sporcie, pomimo tego, że wracam cholernie zmęczona z uczelni i, że czasem jest zimno :)

    Aneta W.

  5. Magdalena J. says: Odpowiedz

    Zawsze wydawało mi się,że bieganie…to kompletnie nie dla mnie. Wygląda znajomo? 😉 Lekcje w-f w szkole śnią mi się do dnia dzisiejszego, bo kombinowałam jak mogłam żeby móc się troszkę „poobijać”. Zrzucanie zbędnych kilogramów było jednak dla mnie czymś tak łatwym jak przysłowiowa „bułka z masłem”- więc zbytnio się nie przejmowałam. Do czasu…. Przekroczyłam „magiczną trzydziestkę” i to przestało być już takie proste :-) Najpierw różnego rodzaju dietki – tzw diety „cud” – co w praktyce oznaczało „będzie cudem jak przeżyjesz” 😉 Szybko się zniechęcałam,a w mgnieniu oka kilka straconych kilogramów powracało z nawiązką. Pomyślałam, że jak nic potrzeba mi najzwyczajniej trochę ruchu i wymyśliłam sobie nordic walking, bo popularne, no i troszkę żeby się zbytnio nie przemęczać. W szybkim tempie owe „kijki” mi się znudziły, rzuciłam je więc w kąt i ot tak zaczęłam maszerować bez nich. To była wiosna, koniec kwietnia dokładnie, coraz więcej ludzików zaczęło wylegać na ulice i co ja paczę? Wszyscy jak nawiedzeni – bieganie! Stukałam się troszkę w główkę, no bo myślę sobie nikt mnie nawet wołem na coś takiego nie zaciągnie, bo i po co z własnej woli głupotę taką popełniać, żeby tak po prostu niepotrzebnie się przemęczać 😀 Nic nie dały tłumaczenia Brata, że to naprawdę coś ekstra, że endorfiny i takie tam 😀 Na nic się nie zdały Jego opowieści, bo dobrze wiedziałam,że płuca wypluję po minucie biegu. Wiedziałam, bo choć głośno bym się nie przyznała – po cichu próbowałam… Coraz bardziej zniechęcona swoim maszerowaniem – które zaczęło mi się wydawać po prostu nudne, rozdrażniona swoim oporem przed zmianami – a jednak ciekawa tego co wydało mi się nieosiągalne, trafiłam do rodzinki na majówkę… 3ci maja, grudziądzki Półmaraton Malinowskiego. Przyszłam kibicować Bratu, to miała być Jego pierwsze 21, a Ja byłam z Niego meeega dumna. Przyszłam w roli kibica, a wróciłam do domu odmieniona :-) Atmosfera owego półmaratonu-uśmiechnięte pyszczyska spoconych, ledwie żywych ale jakże szczęśliwych ludzików kończących bieg -zauroczyły mnie na maxa. Wiedziałam jedno – chcę poczuć to co Oni. tak to właśnie,z pomocą Braciszka, zaczęłam i ja moją przygodę z bieganiem. Bywają gorsze i lepsze chwile, ale dziś wiem, że trzeba po prostu ruszyć tyłek , bo nie ma rzeczy niemożliwych – wystarczy mocno czegoś chcieć.
    Nie warto mówić „nie dam rady” – jeśli się najpierw nie spróbuje :-) :-) :-)
    Magdalena J.

Dodaj komentarz